Tak nieczytelna, nieuniwersalna? Co sprawiło, że przeszliśmy od realistycznych ujęć rzeczywistości do abstrakcji, onirycznych wizji czy, zdawałoby się, karykatur realnego świata?
Zanim przejdę do sedna, pragnę nadmienić, że nie będzie to sąd wartościujący. Staram się, na tyle na ile to możliwe, obiektywnie ująć tę powszechnie postrzeganą zmianę osądzając ją w kontekście społeczno-gospodarczym.
Mniej więcej do XIX wieku, przeważającą część dzieł przedstawiała obrazy rzeczywistości.
Ewentualnie reprezentacje mitów czy innych tradycji mieszczących się w kolektywnej wyobraźni. Można się tego czepiać, owszem, bo na przykład zdjęcia małego Jezusa na średniowiecznych obrazach spokojnie mogłyby konkurować z przerażającymi wizjami Beksińskiego, ale było ku temu konkretne uzasadnienie - malarze uważali za hańbiące malowanie zbawiciela ludzkości jako małego dziecka, w końcu to autorytet - jego wizerunek musiał odzwierciedlać powagę jego roli dla ludzkości.
Nie chodzi również o podważenie symbolizmu prac „starej sztuki”. To rutynowe stwierdzenie, że dawna sztuka posiadała bogaty symbolizm, niemniej jednak sposób jego reprezentacji opierał się na przewidywalnych wytycznych. Innymi słowy, jego warstwa wizualna była zasadniczo realistyczna.
Odwiedzając galerie dawnych mistrzów, nie musimy spędzać wielu godzin na rozszyfrowywaniu czy obraz stoi do góry nogami, czy jest żartem czy na serio, czy mamy do czynienia z talentem i ciężką pracą czy też jego uzurpacją.
W nowoczesnym świecie sztuka jest nieprzewidywalna. Sztuką może być banan na ścianie (Maurizio Catellan), sedes (Marcel Duchamp), a nawet sam człowiek, jego działanie czy proces realizacji jego twórczości (sztuka performansu, np. Marina Abramowic).
Ta tendencja odchodzenia od przewidywalności formy w sztuce zaczęła upowszechniać się w XIX wieku. Impresjoniści zaczęli eksperymentować ze swoimi dziełami, coraz śmielej odchodząc od czytelnych linii na rzecz kropek, jak gdyby chcieli rozbić na atomy postrzegany pejzaż.
W miarę postępowania dekad te eksperymenty przybrały na sile: pojawiali się dadaiści, surrealiści, kubiści, a sztuka stopniowo przestała definiować się poprzez warsztat artysty, a kierować się ku czemuś mniej namacalnemu.
Żeby to zrozumieć, trzeba spojrzeć na kontekst gospodarczo-społeczny.
W czasie, gdy Georges Seurat malował swoje atomowe pejzaże, na świecie były już pierwsze aparaty fotograficzne.
Wyobraźmy sobie jak potężna to zmiana: do tej pory wyłącznie malarz mógł uchwycić moment, zamrozić go w czasie. Gdy zdjęcia zaczęły się popularyzować, malarze zaczęli kwestionować sens idealnego odzwierciedlania środowiska czy ludzi.
Skoro aparat może w kilka sekund uczynić to, co im zajmuje miesiące lub lata, jaki jest sens dotychczasowej praktyki? Czy warto konkurować z technologią?
Ten kryzys wiary w sensowność tradycyjnego malarstwa doprowadził wielu artystów do poszukiwań nowej formy ekspresji, nowego celu dla swojej działalności twórczej.
Zaczęto więc pokazywać to, czego aparat nie mógł uchwycić: emocje, życie wewnętrzne, podstawy ludzkiej psychiki.
Kolejnym paliwem do tego rozwoju był intensywny proces industrializacji, który przeniósł świat na nowe tory, na których wszystko toczy się pędem.
Świat całkiem dosłownie zaczął przyspieszać: odkrycia naukowe, przemysł, architektura i medycyna wniosły poczucie odrealnienia. Nagle wizje podróży w kosmosie, rozwiązania udręk ludzkości były na wyciągnięcie ręki, a stary świat wydawał się niepodobny do doświadczanej rzeczywistości.
XX wiek to również dwie skrajnie traumatyzujace swiatowe wojny. Artysta doświadczony burzliwością nowego wieku, z jednej strony nierealną wręcz potęgą człowieka w kształtowaniu nowego świata, a z drugiej równie niepojętą potęgą destrukcji, znalazł się w zupełnie nowym wymiarze psychicznym, niepodobnym do powolnego i przewidywalnego świata uprzednich epok.
Kolejnym paliwem były odkrycia z dziedziny psychologii, prace Freuda czy późniejsze Carla Junga, które dostarczyły artystom nowych definicji dla przeżywanych zjawisk i doświadczeń jednostki.
Dzielą coraz śmielej podważały dotychczasowe archetypy, w zamian koncentrując się na przedstawieniu nowego strachu, poczucia absurdu, złożoności ludzkiej psychiki, stanu odrealnienia, jak i pędu swej epoki.
Nastąpiło swego rodzaju uwolnienie artysty od wielowiekowych tradycji, których prawa zwyczajnie przestały obowiązywać.
I sztuka zaczęła nam dziwnieć. Jej rolą zaczęło być pokazywanie tych wszystkich nieznanych wcześniej ludzkości warstw rzeczywistości poprzez eksperymentowanie z formą.
Świat się zmienił, a wraz z nim człowiek i jego sztuka.
To w sporym uproszczeniu podstawy, które doprowadziły do tej redefinicji.
Ale dlaczego teraz o tym piszę. Obecnie przeżywamy podobny, możliwie mniej wpływowy przewrót w zakresie technologii. AI pisze książki, maluje obrazy, tworzy wiersze.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że historia zatacza krąg. Znów potężna technologia stawia ludzi przed wyzwaniem: rzuca nowe problemy, przejmuje znaczenia i formy.
I jeśli ufać lekcjom z przeszłości, możemy się spodziewać masowej reakcji - redefinicji własnej pracy twórczej przez artystów i pisarzy.
Ten proces już się rozpoczął. Pisarze już teraz zastanawiają się jak pisać, żeby nie brzmieć jak AI. Technologia w równym stopniu dotyka artystów, malarzy, rzeźbiarzy. Niektórzy decydują się na integrowanie jej w swojej twórczości, inni sytuują się w opozycji do niej, poszukując formy, która zdoła odróżnić się od generatywnych treści.
Co będzie dalej? Jak daleko wpłynie ta zmiana na to, co nam znane?