Podczas pisania, miotam się pomiędzy post-akademicką inklinacją do wytworzenia czegoś na wzór pracy magisterskiej, a ulicznym niecenzuralnym wrzaskiem, świadczącym bezsprzecznie o pilnej potrzebie dosadności.
Jak gdyby dosłowność prostego wyrazu nie była wystarczająco pojemna, żeby zmieścić zawartość myśli, a akademizm spłaszczał głębię do wyświechtanych frazesów
albo też sprowadzał mnie do roli marnego uzurpatora wielkich idei filozoficznych
czy pisarza
nie mam nic wspólnego z pisarstwem
ani z filozofią
poza byciem nieuchronnym ich odbiorcą, z przyczyn wielkomiejskiej natury, klasycznych upadków młodości i przeziernego egzystencjalnego kryzysu - wiary, tożsamości i równowagi, który się we mnie procesuje
najwyraźniej od prawie czterdziestu lat
Takim też sposobem nastąpił mój kanał. Po latach prób i prób zawieszania, bo obraz nie taki, bo słowo nie to, ostatecznie poddałam się wewnętrznej woli, żeby zrobić coś jakimkolwiek obrazem i jakimkolwiek słowem. Niech to słowo będzie jakiesobiekolwiek, bylebym w końcu mogła doświadczyć lustra swojego myślotoku.
Naturalnie narodził się z tego ten nieregularny (po)twór łączący oba wymiary, okraszony chaosem i okazjonalnym rynsztokowym żartem.
Obiecywałam sobie, żadnych wielkich idei, chyba czując, wiedząc, niemal pewność miejąc, że gdy tylko dotknę makroskali, to uzewnętrznię cały ponuryzm moich wizji.
No i tak też się stało, kto by się spodziewał.
Lawiruję więc w produkcji treści pomiędzy remizowym żartem, a dekadenckim mądralizmem, który - ku zdziwieniu memu i bliskich moich, znalazł grupę odbiorców najwyraźniej równie zdruzgotanych jałowością słowa powszedniego
że im ten dekadencki chwiejny klimat niespecjalnie przeszkadza
a nawet raczy uciechą
(albo to wytwór influencerskiego delulu, trudno orzec)
Ja sama swoich treści oglądać nie mogę
Zbyt wiele zarzutów się z tym wiąże, a ja nie pragnę być oceniana ważona umiejscawiana w ścisłej kategorii
zwłaszcza przez własne superego
teraz, gdy próbuję pisać książkę
pierwszą w życiu, ostatnią
i możliwie taką, która nie zaistnieje w ogóle
wyrzucam do śmieci tekst za tekstem. To nazbyt formalne, odtwórcze, napuszone, to z kolei przesadnie prostackie, jak gdyby istniały we mnie dwa autonomiczne byty
cyniczny prostak i akademicki erudyta
też sarkasta
żaden nie mający na tyle przestrzeni, żeby się rozwinąć do pełnej formy osobowości.
Żyje w nas wiele warstw, większość nieukończonych.
Przy cierpieniach tych piśmienniczych dochodzę do jednorodnej konkluzji-nakazu: napisz to i tak, i tak. Jaksobiekolwiek.
Byleby idea, która mnie dręczy była słuszna, a jej forma wiarygodna.
Myślę sobie, to bardzo ludzkie, poddać się sobie i nie musieć już wybierać. Formy, słowa, formatu. Po prostu puścić umysł luzem.
Czy to nie słuszne lekarstwo na przewidywalność i powielalność treści?
A może do tego od zawsze dążyli pisarze, czego nie chciałam zrozumieć, bo większość tych filozofów zostało mi dostarczonych już w dobie utrwalenia ich języka
w sensie, nie widzisz już, nie możesz dojrzeć jak rewolucyjny był ich język
bo każda rewolucja kończy się upowszednieniem.
Czy wyrażam się jasno?
Czy słychać mnie dosadnie?
Urywam myśl. Myśl nie kończy się zakończeniem, to konwencja klasycznej literatury
a nie zakładek neuronalnych
4 komentarze(-y)
Piękne i pragnę czytać więcej i więcej!
Nie pamiętam kiedy ostatnio czytałam bloga… jak będziesz publikować tu częściej, to byłoby super.
Widzę czasami Twoje storki, ale nie za każdym razem mam jak się w nie wczytać.
Tutaj mogłabym sobie odpalić Twoje złote myśli w dowolnym momencie dnia haha
Samej chodzi mi po głowie, żeby „coś napisać” i moooze kiedyś opublikować, więc Twoja perspektywa jest mi bliska.
Pisz, piękna, mądra istoto. Jesteś dla mnie jednorożcem Instagrama.
No i co, teraz muszę czytać Cię jeszcze tutaj. No bo muszę. Inaczej nie chce być.
Pisz, cokolwiek. Twój strumień myśli trafia w mojego człowieka.